Opowieści z życia Kapturów

 

Opowieść pierwsza (Dabena)

*** Zapach pieczonego mięsa rozniósł się po jaskini mile drażniąc nozdrza myśliwych , cichy szum wiatru wpadającego do środka orzeźwiał strudzonych polowaniem śmiałków. Siwobrody krasnolud z w połowie obgryzionym , dobrze wypieczonym skrzydłem legendarnego ptaka , wstał i z uśmiechem spojrzał na swych towarzyszy posilających się przy ognisku po ciężkim dniu spędzonym w lesie...*

- Iarwanie !!! ***rzekł siwobrody***
- Dlaczego Rape tak wolno je ? Może mu pomoc ? ***ponownie na twarzy krasnoluda rozpromieniał szeroki uśmiech***

- Zapytaj się jego sam ***Brodaty krasnolud wymijająco odpowiada kończąc swoją część strawy***
- Ależ Dabenie , ja chce delektować się smakiem tego co jem ***odpowiada uśmiechnięty wielki mężczyzna z opartym o swe plecy ogromnym lśniącym mieczem***
- Ale po co delek... delak... ***krasnolud chwilkę myśli*** przedłużać sobie przyjemność jak i tak wiem , że to jest pyszne ?

Spisał : Daben Kaptur Zil

P.S. Tak było, fakt, żeśmy polegli walcząc z mnogością Drowów, z honorem i w braterstwie krwi. Dużo później, Rapentin z Iarwainem, zakończyli wojnę, zabijając Matkę Opiekunkę swych pogromców z jaskini. A reszta..., cóż reszta jest w naszej pamięci i legendach. à Rapentin Kaptur Nestus

Opowieść druga (Iarwaina)

Opowieść z bagien. Czyli co Cię może (przepraszam - mogło) spotkać na Kabu.

Wiał wiatr. Ciągnął pasma mgły i zrywał je między drzewami.
Krasnolud siedział nieruchomo. Jego spojrzenie spoczęło gdzieś w dali.
Po nieruchomej twarzy spływały krople.
Z nasuniętego na czoło hełmu, co jakiś czas, wylewała się na brodę wąska strużka zimnej wody i znikała gdzieś pośród gęstwiny szarych włosów.
Przestało siąpić.
Słońce z trudem
przebijało się zza mgły.
Wstawał nowy dzień.
Krople spadały z trzonka młota jedna z drugą.
Prysły i spadły w trawę, gdy silna ręką zdecydowanym ruchem chwyciła i wstrząsnęła lekko młot.
Zrobiło się cicho.
Zabulgotało coś w pobliżu, ale Krasnolud nie
drgnął.
Promień słońca musnął połać wody o kilka kroków przed mocnymi butami krsnoluda.
Coś zaklekotało opodal w zaroślach.
Zerwał się ptak i okrążając kępę na której siedział krasnolud, odfrunął gdzieś w głąb bagna.
Szczęknęły klamry, skrzypnęła zbroj
a.
Krasnolud wstał.
Powolnym krokiem przebrnął przez niegłębokie bajoro i wszedł miedzy drzewa.
Czasem woda z bulgotem wypływała w odciśniętych świeżych śladach.
Szedł tak przez chwilę i gdy dostrzegł połyskujące w dali bajoro zwolnił.
Ostrożnie zrobił kilkanaście kroków.
Zatrzymał się przy zaroślach.
Wyciagnął połyskująca miedzią rurę, z jakimiś dźwigienkami.
Coś ustawił, potem poprawił i chwycił mocno.
Młot zwisał na rzemieniu u pasa, kołysząc się leniwie.
Po drugiej stronie polany w mgle majacz
yły jakieś postacie.
Wysokie o ostrych jaszczurzych rysach.
Poruszały się, mignęła czasem stal wielkiego miecza.
Krasnolud stanął pewniej.
Stęknął metal, z głośnym sapnięciem, w kierunku zbrojnych pomknęła gorąca kula ognia.
Zanim dał się słyszeć głęb
oki odgłos eksplozji, krasnolud zabezpieczył gnomie urządzenie i schował go w sakwie, uśmiechając się lekko.
Rozległy się ryki pełne wściekłości oraz zbliżający się łomot.
Krasnolud zgrabnie zrzucił z pleców tarczę zakładając ja na lewą rękę, chwycił pew
nie w prawice młot.
W sama porę aby odeprzeć atak wściekłego Lirazda.
Jęknęła tarcza pod naporem ciosu, mignął jak błyskawica młot.
Krasnolud poruszał się bez gracji, ale pewnie i w chwili gdy pokonał jaszczuroczłeka,
był już w trakcie ataku na dwójkę
następnych porykujących zielonych stworów.
Załomotała broń.
Ziemia zadrżała przy upadku dwóch ciał.
Krasnolud, stał w środku wydeptanego kręgu trawy, pośród ciał.
Rozcierał przez chwile odrętwiałe lewe ramię.
Starł krew z policzka.
Chwile jeszcze stał nasłuchując.
Ruszył w kierunku obozu Lizardów.
Minął po drodze kilka trupów jaszczuroczłeków, świeżych, choć raczej wczorajszych.
Śmierdziało powietrze. Śmierdziało i pobliskie bajoro.
Doszedł do obozowiska. Wszystko było osmolone ogniem, ale widać m
oc wybuchu nie była wielka.
Zobaczył szczątki jakiegoś nieszczęśnika zatknięte na włóczni, sadząc po tym co zostało to chyba elfa.
Trup był zbyt stary aby próbować go wskrzesić.
Na drewnianej prymitywnej platformie, pod płachtą leżało kilka mieczy, topo
rów i innych militariów.
Nic godnego uwagi.
Krasnolud rozejrzał się.
Z tyłu z platforma spoczywało ciało krasnoluda, sadząc z szat kapłana, albo i czarownika.
Wojownik jednym susem znalazł się przy zwłokach.
Szybko oszacował wzrokiem stan denata.
Sch
ylił się, podniósł zwłoki, cofnął się i usiadł na podeście, trzymając zmarłego na kolanach.
Otworzył sakwę i chwile przekopywał się przez zawartość. Znalazł naszyjnik, połyskujący złotem.
Zdjął z szyi inny kamienny z klejnotem i runami pancerza i założył
ten złoty.
Gdy odkładał kamienny do sakwy zwrócił uwagę na, cos wystającego spod kłody podestu.
Chwycił i pociągnął lekko.
W jego ręku znalazł się mocno zabrudzony pas, ale sadząc z wyrazu twarzy krasnoluda nie był to zwykły pas.
Dłoń martwego krasnol
uda opadła na trawę.
Wojownik, szybko schował w sakwie znalezisko.
Jedna ręką chwycił mocno pobratymca.
Druga położył na złotym naszyjniku i wyszeptał parę słów.
Zamknął oczy. Gdy je otworzył był już w karczmie w Benzor.
Pospiesznie opuścił lokal, nio
sąc spiesznymi krokami ciało do świątyni.
Kapłan zobaczywszy ciało uśmiechnął się lekko, chciwość na mgnienie zabłysła w jego oku.
Szybko odprawił ceremonię.
Gdy zmarły powracał do życia, kapłan przeliczał jeszcze raz gorączkowo pieniądze.

 

Opowieść trzecia (Akhimisa)

*Patrol na Kabu…, no nie wiem… to nie był dobry pomysł… w taką pogodę…*
Akhimis spojrzał na przebiegającego bokiem Ghosta, zakutego w ciężką płytę.
*… rozumiem taki Ghost… wojownik jak się patrzy… utytłany w tę swoją zbroje… nawet igły nie wsadzisz…*
Spojrzał na swoje przemoczone ubranie
*Znowu się ubrudziłem!, niech to szlag!, a kto mi to… ups. tyły mnie wyprzedzają…*

Nawet nie próbował wymijać kałuż, deszcz lał do tego stopnia, że ciężko było poruszać się w strugach wody. Wybiegł
do przodu, wymijając młodą kapłankę i krasnoludzkiego wojownika.
*może jakiś zwiad… dobrze wiedzieć, co mamy z przodu* rozejrzał się z trudem przenikając wzrokiem ścianę wody *gdzieś tutaj powinien być Bison…*



Nie musiał biec daleko. Między dużymi p
ołaciami wody widział niewyraźne walczące postacie i duży ciemny jak noc obszar.

*Ciemność w środku dnia… hm… nie lubię tego, i jeszcze ta cholerna pogoda… * . Zwiadowca podbiegł bliżej, na tyle by jego wyczulony magią wzrok mógł przebić zasłonę ciemnośc
i
*Ta niska postać to … Elfka… a raczej Drowka sądząc z techniki*
Zrobił jeszcze kilka kroków
*A ten tutaj? … hm… jest z nią… trochę wysoki jak na Drowa ale … cholera go wie co zacz… ważne, że wedle woli Bogów mamy se z drogi schodzić…*
Zawrócił.

Prz
ebiegł na tyły swojej drużyny. Wymijając drugiego zwiadowcę upewnił się, że tamten już wie o obecności Drowów.



Powoli wszedł w zarośnięty zielskiem otwór jaskini
*Jak to mówią, kto pierwszy… niech wezmą te jaszczurki na zewnątrz… tu wystarczy dla na
s*.
Wnętrze było przyciemnione i ciche. Zrobił kilka kroków, ostrożnie, żeby nie wyjawić swojej obecności mieszkańcom.
*Albo jestem ślepy… albo nikogo już tu niema…mostek cały uwalany posoką … a tutaj?*
Dotknął lepkiej czerwonej substancji i podniósł dł
oń wdychając zapach
*Krew … Elfa… byli tutaj… i wyrznęli wszystkie jaszczury*
Rozejrzał się spłoszony
*Ktoś krzyczał... tutaj nikogo nie ma, znaczy na zewnątrz… Drowy!* Wstał i szybko pobiegł do wyjścia.

Pogoda na zewnątrz była już fatalna. Prawie na
nich wpadł. Walczyli naprzeciwko wyjścia Bison i ta młoda Drowka
*szlag!… ten głupi drowi temperament!, zawsze coś wymyślą!*

- bij ją Akhi! zabiła Lindę!. Zwiadowca dopiero wtedy zauważył drobne ciało kapłanki leżące w błocie za bijąca się parą. Wziął głęboki wdech
*Głupie Drowy... co oni tu robią w ogóle... niech ich Balor…*
Adrenalina szybko dawała o sobie znać. Drowka odparła kilka pierwszych ataków, ale słabła szybko, za którymś razem nie zdążyła, umarła cicho.

Deszcz przestał padać.



Bison
wycierał broń przyglądając się Drowowi.
- Co z nim zrobimy? zabili ją ot tak…
Ustawił się w dogodnej pozycji.
*ano zabili... tylko czy my też powinniśmy?, za dużo śmierci... taka znieczulica, to dobre słowo, od kiedy to nic nie czuć gdy podrzyna się kom
uś gardło?... dla tych to musi być wygodne*
Podrapał się po czapce.
*… takie drowie… i swojskie… rzygać mi się chce*

- Niech idzie do swoich, to nie jest jego miejsce

Cisza.
Drow lekko obrócił głowę w kierunku głosu
- Słyszałeś Drowie! Wynoś się stąd!. Drugi zwiadowca był mocno zdenerwowany.
- Sami się stąd wynoście… i to szybko… gardłowy akcent upewnił wszystkich, co do miejsca, z którego się wydostawał.
*Gdyby nie zimno, które powoduje, że zaciskam zęby, szczękę bym sobie wyłamał ze zdziwienia…,
co za głupiec… dajemy mu wolność…*
- Idź już, to nie jest twój teren

Drow wsparł dłoń na głowicy miecza.
- jesteście silni w grupie… a tak, słabi jak dzieci… będę walczył pojedynczo z każdym z was…
- Będę z nim walczył! Akhi?
*?? … nie wiem kiedy aw
ansowałem na dowódcę tego patrolu… i tak nic nie poradzę… a gdzie Ghost?*



Ghost delikatnie podniósł drobne ciało kapłanki, położył na wysepce i wycierał jej twarz z błota. Trzęsły mu się ręce.
*kto by pomyślał… taki zakuty krasnal, siepacz pierwszej
klasy…, a jednak coś tam mu w piersiach bije… to dobrze, z takimi można ginąć…*



- Dość tego! … Słyszycie?!
Bison stał ledwo na nogach, krew lała się z niego przez pocięte ubranie.
- To nic nie da, idź już Drowie
- Mówiłem, że nigdzie stąd nie idę
, lepiej wy się wynoście…

*chce nas przetrzymać?... wie że za chwilę będzie tu następna banda Drowów i chce nas przetrzymać… dość tego*
Ghost był już obok. Kilka pierwszych ataków, dostał młotem w tył głowy.
Elf nie miał szans, umarł jak jego partnerka
.



Zwiadowca nie miał humoru, to nie tak miało wyglądać.
- wracamy do Benzor, tutaj możemy spotkać tylko kolejne Drowy.


_________________
Akhimis Kaptur Willian
ﻺﻥﻐﻄﻪﺼﻵ פּסּ ﻺﻥﻐﻄﻪﺼﻵ ﻸﻙﻪﺝﺅ סּﻐﻃ

OPOWIEŚĆ CZWARTA (BISONA)

Bison juz nie mogl zniesc bezczelnosci tego drowa.
"On jest sam czemu nie odjdzie, przeciez ze mna nie ma szans nawet"
Kolatalo sie mlodemu Kapturowi po glowie.
Nagle przestal sluchac drowa i wypowiedzial slowa, chyba w brew sobie
- Gotuj sie na smierc pomiocie Loth.
Bison natarl z furia, majac przed oczami obraz zazynanej bezlitosnie Lindy, pieknej kaplanki Tyra.

Widzial jak mloda drowka wpycha swoj rapier prosto w jej w podbrzusze i przekreca cios rozcinajac cudownej kaplance klatke piersiowa, z ktorej trysnela krew, sprawiajac drowce tym wielka przyjemnosc,
slyszal krzyki Lindy ktora skonala na jego oczach.

Bison tak zaslepiony tym strasznym widokiem, nie zauwazyl jak pod naporem jego ciosow przeciwnik sie przewraca.
Mlody Kaptur jakos specjalnie sie tym nie przejal i dzgal go bezlitosnie rapierem.
Drow wstal z ledwoscia unikajac ciosu, ale Bison byl szybszy, zepchna go tarcza znow do parteru.
"Nie ... nie bede taki jak one, odstapie" pomyslal, po czym zrobil pare krokowa w tyl. Drow broczacy w krwi ledwo sie podniosl.
- Uciekaj stad, darowalem Ci zycie - wysapal zwiadowca z trudnoscia.
Ghost i Akhimis popatrzyli po sobie, ale uznali ze lepiej nie kwestionowac tego, gdyz Bison mial nadal w oczach chec zemsty.

Drow jednak nie odstapil, zaatakowal Bisona, z wielka wsciakloscia.
"Widocznie moje slowa go rozwscieczyly"
Drow atakowal, Bison ledwo stawial parady i odbijal tarcza ciosy przeciwnika.
Wkoncu udalo mu sie dosiegnac zgrabnym wykrokiem serca przeciwnika.
"Zabilem go"
Rapier wszedl prosto w serce, zwiadowca szybko go wyciagnal i stwierdzil ze zgroza ze rana natychmist sie zrosla.
" Co jest ?? On juz powinien nie zyc. "
Zaczal okladac drowa swojim rapierem, ale to bylo bez skutku. Zaden cios nie mogl dosiegnac tego czarnego elfa.
" Nic mu nie zrobie, juz po mnie "
Zamyslil sie na chwile i nie zauwazyl jak wielki plonacy miecz spada prosto na niego, nie zdazyl go odbic, lezal na ziemi i nie byl w stanie odepszec zadnego ciosu przeciwnika.

Zebral sie w sobie i zatakowal znow, wyprowadzi serie celnych ciosow, ale na prozno. Zaden z ciosow nie mogl nic zrobic jego przeciwnikowi. Bison ze zgroza zaobserwowal ze rany na calym ciele dorwa goja sie zastraszajaco szybko.
" To jakas czarna magia z podmroku"

Zwiadowca ledwo stal na nogach, gdzieniegdzie tlily sie skrawki poszarpanego ubrania.
"Obad - Hai przyjmij swe dziecie" pomyslal, gdy nie udalo mu sie odepszec kolejnego ciosu.

Akhimis w tym momencie nie wytrzymal i wykrzyczal prawie do ucha drowa
- Dosc tego dobrego!!

Ghost skoczyl odrazu ,jak na umowiony sygnal, na drowa, Akhimis rowniez.
To byly ulamki sekund, a drow lezal juz martyw.
"Uratowali mi zycie, musie im podziekowac, ale ...."

OPOWIEŚĆ PIĄTA (RAPENTINA)

Dzień, jak co dzień był. Trza było do roboty ruszać. No, ale najpierw strzeliłem sobie kilka piwek i zaprawiłem wódeczką. Oprócz kilofa miecz też zabrałem, bo ostatnio bardzo niespokojnie za murami Benzor było. No i nie pomyliłem się i tym razem. Wprawdzie żaden bandyta (uważajcie na niego, broda mu za kolana sięga i na żartach, jak drowy, się nie zna – czasem przy mostku stać lubi) nie chciał zrabować zarobionego w pocie czoła, przy kowadle, złota, ale banda goblinów mnie napadła. Małe to, a jakie wredne. Piszczą, z łuków strzelają, a potem ścierwa tylko gościniec krwią i wnętrznościami brudzą. Brr... . No... myślę, teraz może co najwyżej orków kilka i droga do kopalni wolna, a musita wiedzieć, że na gwałt, tzn. na pierścień, malachitu potrzebowałem ze skały wyrąbać. Nagle niedźwiadek na mnie wyskoczył. Zdziwiłem się, bo zwykle misie na gościniec się nie zapuszczały. Co było robić, on albo ja: więc go zabiłem, uff: bardzo tego nie lubię. Już wtedy powinieniem wiedzieć, że coś jest nie tak. Idę dalej, zbliżam się do kopalni (tzn. do jaskini orków) i oczom nie wierzę. Sabat orczych szamanów. Cała piątka czy nawet sześciu ich tam było, a zwykle co najwyżej jeden, no dwa czasami. Uciekać wstyd, a tu siła złego na jednego (oj przyjaciele, czemu Was ze mną nie było). Jednego i drugiego powaliłem, tzn. jednego powaliłem, a drugiego rozpłatałem. Trzeci padł jak młynka mieczem mu koło gardła zrobiłem. No nie jest tak źle – tak sobie pomyślałem. Już miałem ostatnim szamanom krwi upuścić, jak tu zza skały orczy szef się pojawił. Zagapiłem się na niego, łeb uciąłem, a szamani - w tym czasie - walą czarami we mnie. Czasu nie było bandaży z sakwy wyciągnąć, kwas jakiś po oczach spływa, i nagle.... tak, nic prawie nie widzę, ciepło i zimno się robi (jakbym zimną gorzałeczkę na zmianę z grzanym winkiem pił), kolana się ugięły, miecz z ręki wypadł i już trawa przy uchu tylko szumi. Co dalej było? Opowiem, ale najpierw kwaterkę najprzedniejszego piwa, w karczmie, postawić mi musisz. Na pewno mnie znajdziesz, bo po tej przygodzie, gdzie oprócz krwi i pieniądze straciłem, obcych na trunek naciągać muszę.

Jak myślicie, skąd się biorą miecze, i to całe “żelastwo”, które dźwigacie? Pewnie się nawet nie zastanawialiście zbyt często. Już słyszę: ze sklepu, od kupca, zdobyty na wyprawie. Tak, tak, to jakby twierdzić, że mleko bierze się z ... . No, ale do rzeczy. Chciałem coś wykuć, a tu nie ma z czego. Więc biegiem do kopalni, mnóstwo ich. W jednej czyhają pająki, w innej minotaury, a w następnej ... . Więc i kowal czy górnik, broń musi mieć pod ręką. Akurat zabrakło mi prawie wszystkiego, a tu obstalunek duży. Trza by złota, srebra, trochę shadow, verdicide i paru innych jeszcze. Więc idę. Jak już pozbyłem się towarzystwa (nie cierpię tych pająków), wyjmuję narzędzia i do pracy. Kuje w jednej skale – akurat żelazo, w drugiej – miedź, czyżby koboldy nagle zaczęły wcinać złoto? No ale w końcu znalazłem, kuję, kuję i trach... oskardzik brzdęk i pękł. Biorę następny, prawie zawsze dwa ze sobą noszę, choć lekkie nie są, oj nie są. Pot zalewa mi czoło, mało co widać w ciemnościach, ale taka już moja dola. Nawet połowy sakw rudą nie zapełniłem, a ze skały nawet śladu nie zostało – jeno kupa odrąbanych głazów. Wyjąłem butelczynę, napiłem się, ziele z Cormyru wypaliłem i dalej szukać. Na zewnątrz słoneczko, ptaszki śpiewają, w gospodzie dziewka chętna czeka (oj wychędożę ją jak mi za zamówienie zapłacą), a tu wilgotno, wszędzie pajęczyny i tylko nietoperza mam za towarzysza. W końcu zdatną skałę znalazłem, sakwy zapełniłem i..., niech to hakostwór kopnie, nawet kroku dać nie mogę, taki to ciężar. Nie ma się co dziwić, tak na elfickie oko, z siedem razy to cięższe, niż zazwyczaj pełny ekwipunek na tygodniową wyprawę. Ale zaparłem się, pierścień siły na palucha nałożyłem, i idę. He, he ... idę. Człapię raczej. Zbroja piecze, hełm czaszkę ugniata, a schować ich nie ma już gdzie. I jeszcze ten miecz dźwigać trzeba, pachołek jakiś do pomocy by się nadał. W lesie jeszcze jakoś się idzie, drzewa cień rzucają, czasem zwierz przemknie obok, ale jak tylko do miasta wejdę to... nic, jak tylko do brzucha smoka się schować. Ludzie i nie tylko, jak na dziwadło patrzą. Wszyscy biegają, spacerują, a ja... człapię. Myślicie, że to już koniec, o nie, mylicie się. Jeszcze nawet do pieca nie dotarłem, a co dopiero o kowadle mówić: ale to już zupełnie inna historia.

Wracam właśnie do domu, późno już, ulice Benzor puste, cicho i spokojnie. I nagle..., nogi się pode mną ugięły. Jakiś krasnal wali toporem naszego smoka. Smok się broni, ogniem zionie, ale tak na moje oko, chyba tę walkę przegra. Patrzę na krasnala, mały taki i szary. Wali w smoka i się uśmiecha. Patrzę na jego broń – potężna, a on choć mały, to na weterana wielu potyczek wygląda. Za mądry nie jestem, to zgłupiałem i nie wiedziałem co robić. Smok się już na nogach chwieje, więc ja wołam o pomoc i do krasnala, żeby przestał. Znikąd odzewu ani pomocy. Wyjmuję bandaże, staram się smoka ratować. Na próżno, smoczuś padł lub zniknął, sam nie wiem. Szperam w sakwach, pośród szpargałów i zwój ożywienia znajduje. Odczytuję go i nic. Czar prysł, smoka nie ma. Jak ten brodaty się tu dostał, dlaczego straż nic nie zrobiła, tak sobie myślę. A do krasnoluda z pytaniami: jak, dlaczego i co dalej zamierza? A on mi na to, że jest duergarem i na zwiedzanie miasta przybył z Podmroku. No to już wszystko było jasne, to nie żarty czy zwidy, ale napad!. Co robić? Wiem, że małowzrosłego nie pokonam. Proszę go więc żeby na mnie zaczekał, to go po mieście oprowadzę. Zgodził się po chwili. Ja biegiem do strażników, do kapitana Tuckera i o pomoc jakąś, jakieś wsparcie proszę, mówiąc co się stało. Nie bardzo mogliśmy się dogadać. Wracam do krasnala i nieszczęścia dalsze przewidując, mówię mu żeby do swojej nory w Podmroku wracał. Myślicie, że posłuchał: a gdzie tam. Cóż było robić, z ciężkim sercem, bo wiem, że tylko śmierć mnie czeka, miecz wyjmuję i duergara na pojedynek wyzywam. A on, spryciula, jakby mnie znał, pyta czy nie piłem. Pewnie, że piłem, ale wytrzeźwieć już zdążyłem. Ale – pomyślałem wtedy – prze śmiercią raz jeszcze gorzałeczki nie zaszkodzi się napić. Wypiłem więc, tyle co zwykle, no może trochę mniej, bo walczyć zaraz miałem. Miecz wznoszę, w pierś duergarowi celuję, a ten w nogi, w kółeczko. Szybki był, choć krótkie miał nóżki. W końcu widzi, że nie żartuję, do walki stanął i ....stało się, co być musiało. Powalił mnie jego topór. Wiadomo co dalej. Szczęściem bogowie wrócić do świątyni mi dali, a ten mały, już tam jest, obok kapłana stoi. No to wtedy, nie na żarty się zdenerwowałem. Z tych nerwów zapomniałem nawet, żeby miecza w świątyni nie dobywać. Pomodliłem się i tego Duergara na zewnątrz zapraszam, do walki ostatecznej wzywam. Wyszliśmy. Smoka nie ma, miasto śpi, ulice puste, tylko latarnie przyćmiony blask rzucają. Duergar twierdzi, że oszalałem, a ja swoje wiem, i co honor też. Jak tu spojrzeć potem innym prosto w oczy, jak się wytłumaczyć, że nic nie zrobiłem żeby miasto uratować. No to zamach wziąłem, sapnąłem, bo wielki (dwuręczny) mam miecz, ciach i nawet nie wiem, czy go choć zadrasnąłem, bo już znowu bez ducha leżałem. Szkoda gadać, ustąpiłem pola lecz honor ocaliłem. Tak sobie myślę i we krwi cały (bo wiele jej utraciłem), za sprawą mocy, których nie pojmuję, na powrót w świątyni się znalazłem. Duergara już nie ma. Ja na kolana i modlić się zaczynam. W końcu modlitwy moje wysłuchane zostały. Kapłan przemówił i długo prawił, że i wszystkiego nie spamiętałem. Pochwalił za męstwo, o nagrodzie wspomniał i powrót smoka obiecał. Faktycznie smok następnego dnia wrócił, miecz przedni o mocy tajemnej w nagrodę otrzymałem i... to już prawie wszystko. Rzeknę tylko, że jak ze świątyni wyszedłem, to słońce już wstawało, widać krasnal przed światłem uciekł. Czegoś jednak się bał ten, jak się od kapłana dowiedziałem, wódz Duergarów. A dalej to już stara bieda. Rana mi jakaś po tej przygodzie w duszy się zrobiła, kapłan jakby nic nie pamiętał, choć mu miecz cudny, jako dowód pokazałem. Co było robić. Zapożyczyłem się na parę tysięcy sztuk złota, darowiznę w świątyni złożyłem i spokój duszy wrócił. Ciekawe, czy na długo?


Koniec świata, koniec świata Wam mówię się zbliża. W biały dzień, na rynku, bandyci w Benzor grasują. Nową dostawę broni poszedłem zobaczyć, za recepturami tajemnymi się rozejrzeć, ciekawostek z dalekich krain posłuchać, a tu masz... rozbój. Parszywą miał gębę rozbójnik jeden, a jeszcze bardziej plugawe były słowa jego. Chciałem by mu bogowie błogosławili, a on na To, że takich bogów to on ma tam gdzie Wy wiecie, a ja nie powiem. Ludzi pełno: kupców, strażników, a nasz “bohater” rabuje. Swoją drogą o odwadze wielkiej to świadczy, szkoda tylko, że dla złej sprawy użytej. Życie mi droższe niźli pieniądze, więc choć tych ostatnich wiele nie mam, sakiewkę zbójowi, co śmiercią mi groził, pod nogi rzuciłem. Cztery tysiące sztuk złota tam było. A zbój mówi jeszcze, że to mało: 40 tys. żąda!!! A skąd niby ja miałbym takie wielkie pieniądze mieć; przecież nie kradnę. Szczęściem grunt pod nogami mu się palić zaczął i chyba zwyczajnie nawiał, jak tchórzliwy złodziej. No i teraz nie wiem, co ta straż nasza robi. Miasto, czyli my wszyscy, ich utrzymujemy, a oni własnych mieczy ostatnio tylko pilnują. Mam jednak nadzieję, że skoro tłum cały (co najmniej 6 osób) rzezimieszka widział (drowem był chyba), to jak następnym razem w mieście się pojawi, to sprawiedliwości nie ujdzie i miecz katowski na głowę swą sprowadzi. A więc uważajcie, miejsc bezpiecznych już nie ma, tylko czekać ja w świątyni sejmitar jakiś Ci do żeber przyłożą.


Miałem już kilka spotkań ze smokami. Idę raz sobie idę przez las, pogwizduję...... i wdepnąłem na smoka. Chciałem powiedzieć przepraszam, ale nie dał mi tej szansy – zginąłem. Idę sobie ostrożnie przez las, zauważam smoka, naprężam muskuły, miecz rychtuję..... walka. Smoka pokonałem. Brzuch mu otwieram, jucha się toczy, zajęty wnętrznościami jego jestem, a tu jego krewny widać przyleciał, kwasem zionął – zginąłem. Idę bardzo ostrożnie przez las, miecz w ręku ściskam, tarcza w pogotowiu, przy pasie, jak kutasiki, dyndają mikstury i bandaże. Chodząca apteka i zbrojownia ze mnie. Tak - jest w końcu, on smok i jego kumpel. Byłem przygotowany na to, dwa smoki z mojej ręki padły i tak tymi rękoma zajęty byłem, że nie zauważyłem iż z tyłu dwa następne czekały. Śmiertelnik zwykły jestem, 4 smokom rady nie dałem – zginąłem.


Dość już miałem smoków, na majówkę się wybrałem, trochę piwa popiłem i jak to w takich razach bywa.... musiałem iść w krzaki za potrzebą. Uff..., zrobiło się lekko i przyjemnie, do czasu gdy bez pancerza i miecza gotowego, w krzakach tych smok mnie zdybał. Nawet się o swoje życie nie targowałem – zginąłem.
Jak dotąd tylko jeden (oczywiście pomijając Galdora w Benzor) smoczuś na mnie nie kichał, nie próbował mnie zabić i nawet ucina sobie ze mną za każdym razem pogawędkę. Miły jest, nawet się pyta czy mi jakiś narządów od jego
pobratymców (bardzo nie lubi tych czerwonych głuptasów) nie trzeba

 

Eh, trzeba mi bylo tylko kowalem zostac, a jam sie za jubilerke zabrał. Ano, kosztowna to była nauka bardzo. Brzęczącą monetą trza płacić za psujące sie narzędzia i formy do wyrobu pierścieni i amuletów. A to co się porobiło z tymi narzędziami, to juz smocze pojęcie przechodzi. Niby mistrzem juz jestem, a 2 idealnie obrobione szmaragdy ze 150 wyrobionych kamieni się udaja. No koszmar, prawdziwy koszmar, Wam mowię. Zeby te 150 szmaragdów urobic, musiałem dzień caly kopac, ze 3-4 skały całe wyrąbałem. I na co mi to było.... ? Z tych idelanie obrobionych kamieni i tak tylko zwykłe, a nie żadne wyjątkowe pierścienie mi wyjdą. No i tak myślę coby jaka skargę moze do Księcia napisac, co by moze jakowys nauczycieli nam fachu przysłał albo warsztaty pomógł lepiej wyposażyc, bo tak to sie dłużej nie da.

No chyba, że Książe ma serce twarde, jak te szmaragdy i diamenty, co tylko narzędzia psują.